szczęście to rzeczywistość podzielona przez oczekiwania
RSS
poniedziałek, 20 lutego 2012
Prośba do wszystkich tu zaglądających
Bardzo proszę, udostępniajcie, rozsyłajcie, niech idzie w świat, bo gdzieś tam żyją sobie człowieki tych psiaków. Może dzięki Wam szybciej się odnajdą.
06:45, mozart64
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 03 października 2010
kiedy spojrzałam dzisiaj w nocy w lustro i zobaczyłam tam swoją czerwoną twarz, wiedziałam, że poległam. myślałam, że limit grypy na tę jesień mam już wyczerpany. a ona wróciła, dopiekła mi aż po same pięty (dosłownie) i jak by tego było mało, uraczyła gorączką, którą mam raz na 10 lat. od jutra grafik dnia powszedniego, nie ma w nim miejsca na moje chorowanie, to sie dzisiaj stawiam na nogi. gorączka spadła i życie ze mnie też jakoś uszło. w mordę, no.

a tu Tośka z Juniorem czekaja na obiad (Pana oczywiście)
 


15:02, mozart64
Link Komentarze (14) »
sobota, 02 października 2010
Bocian zaczęła jeździć do Warszawy na kursy maturalne. przy zapisie, Pan z nią pojechał, poinstruował na jakiej stacji ma wysiąść, po której stronie metra wsiąść, w jakim kierunku pojechać i do jakiej stacji. zaprowadził nawet do sali, w której będę odbywały się zajęcia. wróciła z "bolącą dyńką", ale zapamiętała. bo trzeba Wam wiedzieć, że Pan nie tłumaczy tak normalnie, tylko jak chłop krowie na miedzy, inaczej mówiąc  łopatologicznie - nie da się nie zrozumieć. ustaliliśmy, że biorąc pod uwagę niepunktualność kolei i to, że autobusy kursują co 20 minut, bezpieczniej będzie jechać pociągiem godzinę wcześniejszym niż pojechali. jak wszystko pójdzie z planem, zostaje trochę czasu, ale zawsze można się choćby kawy napić przed wykładami. zaczęło się wczoraj, kiedy wynalazła pociąg widmo, którego nie było w rozkładzie ( a może był jakiś Moskwa-Berlin, a co w sypialnym też można dojechać). a dzisiaj rano odebrałam smsa "zaraz bede wiec nie musicie dzwonic tylko nie bardzo pamietam na ktora strone wysiasc z pociagu mozesz mi napisac smsem bo lipa bedzie jak ktos uslyszy".
smsa odebrałam, kiedy była już prawie na miejscu, więc chyba jednak udało jej się wysiąść na dobrą stronę. teraz czekamy aż wróci do domu.
13:34, mozart64
Link Komentarze (3) »
czwartek, 30 września 2010
i nie żadna tam złota, ale zimna, dżdżysta i wietrzna. nie obyło się więc bez wpisanych w nią chorób i tych nieplanowanych, z pełnym rozmachem, a jakże, z wizytami szpitalnymi włącznie. i jako te ludzkie mamy już niby opanowane, albo tak nam się przynajmniej wydaje, to z psimi kiepsko. Tośka miała coś na łapie, kiedy juz niby miało się goić, wróciło, niby po skończonym leczeniu. przypuszczamy, że zaraziła tym świństwem Juniora, tyle, że jemu wyskoczyła krocha na brodzie. czekamy na wynik, wyrośnie coś, czy nie wyrośnie. a teraz na dokładkę, proszę sobie wyobrazić jeszcze ciekającą sukę i psa, któremu udało się opanować odruch posuwisto-zwrotny, pomieszkujących razem w jednym pokoju. plan był taki, żeby Juniora oddać na czas cieczki do teściów, ale szkoda mi go, bo jeszcze taki malutki. pozostało nam pilnowanie, albo oddawanie na parę godzin, o pozostawieniu towarzystwa sam na sam, na razie musimy zapomnieć. kiedy Junior był dzisiaj u dziadka, Tośka zdjęła gacie i wyżarła kawał. trzeba było na duch lecieć po nowe, bo bez gaci, to raczej byśmy już nie panowali nad sytuacją.
i o tyle z jesiennych doniesień.
19:15, mozart64
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 września 2010
i to od poniedziałku.
żadne buty nie wytrzymują moich porannych wyjść z psami po trawie. wracam z mokrymi skarpetami. wyjść takich zaliczam powiedzmy pięć, na co przypada pięć par skarpet dziennie. strasznie się więc ucieszyłam, kiedy w gazetce biedronki wypatrzyłam, że od poniedziałku będzie można kupić kolorowe kalosze. nawet cały plan zakupów, plan dnia Pana, swoich psów dostosowałam do wypadu do biedronki. zajeżdżamy godz. 9, a w biedronce po kaloszach ani śladu. już ani śladu, jak stwierdziła pani rozkładająca towar na półkach, ale słowo daje na twarzy miała wypisane, że sama sobie wzięła conajmniej dwie pary. miałam ochotę jej przylutować. myślicie, żeby z jedne oddała? do 10 objeździliśmy wszystkie biedronki w mieście. kaloszy w żadnej.
w czwartek Pan wyrzucił mi ostatni worek od odkurzacza. trochę się powściekłam, że przy dwóch spacerach z psami, jakoś mi się nie chce grzać na miasto, żeby kupić sobie nowe. zaoferował się, że po drodze do pracy mi kupi, zostawi teściowi, a teść mi przyniesie. przykazałam, żeby wziął 5 szt. za dwadzieścia pięć złotych. wziął 15 za 60, bo rzekomo się lepiej opłaca. jak przymierzyłam, o mało nie padłam. te worki, to jakieś 3/4 tamtych. opłaca się, tyle, że nie mnie. czy nie powinna być jakaś norma na wielkość worka?
a najbardziej w tym wszystkim jestem wściekła na Bociana. przychodzi tylko po kasę, w domu nawet palcem nie kiwnie.
trochę mi przeszło, kiedy powspominałyśmy, mojego dawnego profesora polskiego, do którego Bocian trafiła na korki. i w dodatku jeszcze mnie pamięta.
20:48, mozart64
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 13 września 2010
trzecia nad ranem. tyle snu jeszcze zostało w ugrzanym łóżeczku, a tu zapamiętale nad uchem komar zaczyna bzykać. przecież wieczorem po dziesięciu zamachach, w końcu udało mi się go ubić. ożył? w normalnych warunkach, człowiek wstaje, zapala światło i załatwia gada. ale przecież ja nie sypiam w normalnych warunkach, tylko z całym zwierzyńcem w pokoju. obudzona Tośka będzie mi się próbowała wcisnąć do łóżka. kot strzeli fochem i pójdzie jeść swoje chrupki, później będzie popijał, a później się mył, kiedy ja będę znowu próbowała uderzyć w sen. w dodatku robił to będzie na mojej nodze, a jak go szturchnę, to mnie ugryzie. przez kołdrę. nie zaboli, ale tak rozśmieszy, że zamiast spać będę rżała. no i Junior. skoro pani zapali światło, to ucieszy się, że już dzień się zaczął. a dzień Juniora zaczyna się od siusiu, kupki i śniadanka. zaryzykowałam. bestia siedziała tuż nad moją poduszką. towarzystwo zaspane, patrzyło po jednym oku. już zdjęłam okulary i miałam zgasić światło, kiedy moje minus trzy dostrzegło na ścianie, nieco dalej, następnego krwiopijcę. ileż to człowiek musi się nawalczyć o spokojny sen.
08:10, mozart64
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 września 2010
właśnie chciałam napisać, jakie to mam pieskie życie. zwłaszcza dzisiajsza noc utwierdziła mnie w tym przekonaniu. otóż Junior zostawiony sam sobie, dorwał się do nieopatrznie porzuconej reklamówki z mussli, opitolił półtorej paczki, zapił mocnym piwem, które udało mu się siorbnąć z przebitej zębem puszki, przy okazji zalewając Tośki legowisko. a co weszło, to i musiało wyjść. o 3 w nocy. mam więc łeb jak sklep, pogoda do tego jeszcze niemrawa, słońca ani widu. to tak tytułem wstępu musiałam ponarzekać, bo zostałam otagowana przez Dr Ewę do bardzo trudnego zadania - napisać 10 rzeczy, które lubię. słowo daję, aż mi czacha dymi, tak się zastanawiam.
1. słońce - działam na baterie słoneczne, kiedy jest słońce, ze wszystkim potrafię się zmierzyć, kiedy go nie ma, najprostsze rzeczy idą mi jak grudzie.
2. patrzeć na piękno - otoczenia, ludzi, lubię sycić oczy pięknym widokiem.
3. czytać - mam takie okresy w życiu, że czytam jak podleci, ambitnie, mniej ambitnie, byle nie romansidła, za bardzo przewidywalne.
4. gotować - a zwłaszcza eksperymentować.
5. uprawiać sporty - przede wszystkim mieć na to czas - czuję się później lekko na ciele i na duszy
6. jeść - niestety, zwłaszcza lody
7. słuchać Mozarta - to chyba nikogo nie zdziwi
8. wypełniać PIT-y - kocham cyferki, rachować, szacować i wszystko, co z nimi związane.
9. drapanie po pleckach - tego chyba nie muszę komentować.
10. lubię ludzi, poza tymi, których nie lubię.

kolejność poza słońcem, tego lubienia jest przypadkowa, nie otaguję nikogo, bo już chyba wszyscy zostali zaproszeni.
08:20, mozart64
Link Komentarze (5) »
niedziela, 05 września 2010
nie lubię jesieni. no nie lubię. i chrzanię, że złota, że purpurowa. jest zimno, wietrznie i mokro. zdąży jedne kałuże wiatr wysuszyć, już robią się następne. wybrałyśmy się wczoraj z Bocianem do biblioteki. taki ładny dzień, a książki już po terminie. nawet psy ze sobą zabrałyśmy. najpierw była chmura. potem spadały krople, mniej więcej jedna na metr kwadratowy. jak już kawałek odeszłyśmy, że szkoda była zawracać, zaczęlo padać konkretniej. a jak byłyśmy prawie u celu, ale jeszcze na tyle daleko, żeby dobrze zmoknąć, zaczęło lać i siekać gradem. my w środku pod parasolem, a po bokach dwie zmokłe kury. psy znaczy się. klęłam jak szewc, albo jeszcze gorzej - jak murarz na ścianie. z tej złości, wypożyczyłam tylko dwie książki. powiedzmy, że na pocieszenie "Blondynkę w dżungli", wielkie mi pocieszenie, wolałabym już 40 stopni w cieniu. na szczęście Bocian zabrała ze sobą telefon, na szczęście Pan był w domu i mógł po nas przyjechać. jak wróciłyśmy do domu przestało padać. nie lubię jesieni i ona mnie też nie lubi.

ps. he he właśnie moje świeżo dorosłe dziecko podzieliło się ze mną piwem
18:26, mozart64
Link Komentarze (5) »
środa, 01 września 2010
pogoda nieco depresyjna,
tydzień zaczęłam migreną swego życia
bocian narobiła ciasteczek "o obniżonym indeksie glikemicznym", po których jest mi właśnie niedobrze
Junior patrzy na mnie właśnie mocno wymownym wzrokiem i za chwilę będę musiała założyć swoją kurtkę latarnika i udać się gdzieś w ciemną, deszczową noc
a widzieliście TOOO?

20:52, mozart64
Link Komentarze (3) »
sobota, 28 sierpnia 2010
na tę imprezkę umawialiśmy się już dawno. miał być grill. łatwo planować, kiedy pogoda tygodniami nas rozpieszcza, a tu masz, zimno, gwiździ i do tego popaduje. Pan, miłośnik duszonego w dymku mięsiwa, odgraża się, że w kwestii grilla, to on jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. no bo jak to tak, żegnać lato nie na świeżym powietrzu? nie godzi się i już. tymczasem ja nastwiłam się na  specjały uniwersalne. jedna sałatka już przegryza się w lodówce, paluszki krabowe rozmrażają się pod sokiem z cytrynki, makaron ryżowy już dochodzi, a dwie płastugi leżą przyklejone nieruchomo, zajmując przy tym pół podłogi w kuchni. tylko oczy wodzą za każdym ruchem ręki, bo nóż coś spadnie na podłogę. kot siedzi na parapecie i rozmawia z wróbelkami. dobrze, że go nie słyszą, bo pewnie przyfrunęłyby go pocieszać,w takie żałosne tony uderza. a Bocian wyjeżdża po mieście ostatnie jazdy. pewnie lepiej niż te pierwsze, ale na pewno nie tak, żeby zdać egzamin. cóż, taką mnie Panie Boże stworzyłeś, taką mnie masz. i w dodatku trzba mieć bocianiego pecha, żeby z gratisową jazdą kabrioletem trafić na taką pogodę.
08:55, mozart64
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9